Bardzo świąteczne kukułcze jaja…

Postanowiłam, że w tym roku Świąt nie będzie! Przynajmniej nie dla mnie. Ani nastroju (chociaż o to akurat się martwić nie muszę, bo i tak go nie ma od dobrych kilku lat), ani choinki. Nie chcę niczego takiego. A ponieważ nie mogę ich przespać to je sobie chociaż po części zbojkotuję.

Te wszystkie świąteczne ideały są gówno warte! A w tym roku już totalnie… A nasza wigilia powinna się nazywać kukułczą wigilią. W nawiązaniu do kukułczego jaja, czyli takiego jaja podrzucanego innym.

A poza tym jest kryzys. Ja go mam na wszystkich “polach”. Emocjonalny, fizyczny, finansowy i egzystencjalny.

I jak chcesz to sobie mów, że co roku jest to samo… I z dnia na dzień będzie jeszcze gorzej, ba! jest coraz gorzej… Przynajmniej dla mnie… W domu.

A swoją drogą zastanawiam się ile ty o mnie wiesz od ostatnich kilku miesięcy… chyba bardzo niewiele… Tak wiem, nie ma czasu, ani siły itd.

***

Tym razem oddaję wszystko walkowerem.

“Kiedy płaczę…kiedy wołam…”

Niedziela minęła mi na myśleniu… O sobie, o tym co było i co, czysto teoretycznie może być. Właściwie nie doszłam, jak zwykle, do żadnych konstruktywnych wniosków. A może i coś niecoś wymyśliłam, ale nie mam ochoty sobie tego do końca uświadamiać (jak zwykle)… Tak na wszelki wypadek. To coś w stylu metody unikania. Nie, to jest metoda unikania!

Najchętniej użyłabym ją do wszystkiego, ale jakimś dziwnym trafem niektóre sytuacje wcale nie chcą ze mną współpracować w tej metodzie i nie da się ich uniknąć. To dokładnie jak w moich snach… Śni mi się, że ktoś mnie goni, uciekam, zaczynam biec, ale im szybciej chcę biec  tym wolniej się poruszam, prawie stoję w miejscu. Nigdy nie udało mi się uciec. Ani we śnie ani na jawie.

To zastanawiające jak z dnia na dzień może być coraz gorzej. Jak każde 24 godziny zmieniają moje życie, mój dom. Mam dosyć brudnych naczyń, jedzenia w szafkach zamiast w lodówce, krzyków w nocy, wołania i tych pieprzonych halucynacji, czy jak to nazwać… Czasem się jej boję. Chyba jestem zawieszona między powinnością szacunku, a nienawiścią. Nikomu tego nie życzę. I sama nie wiem przez to wszystko, czy ja jestem zła? Czy jestem złym człowiekiem?

Tak często zamykam oczy, żeby nie widzieć. Tylko dlaczego to nie działa? Może można gdzieś znaleźć troszkę, choć odrobinkę spokoju, normalności…?

Naiwne pytania.

W odpowiedzi mogę schować się pod kołdrę, popłakać i wyobrażać sobie, że kiedyś ktoś mnie zabierze na koniec świata i tam zamieszkamy i będę szczęśliwa… w drewnianym domku z zielonymi okiennicami, kominkiem, fotelem bujanym i słonecznikami przy płocie…

A teraz? Chciałabym być chociaż troszkę traktowana poważnie. Bo chwilowo nie wiem kim właściwie jestem. Bliższą kumpelą? Taką równiachą, z którą można iść na mecz i się napić, powiedzieć o swoich problemach i liczyć na jej pomoc… Bez brania mnie na poważnie i traktowania mnie jak przystało na gentelmena…

Tak bardzo się pogubiłam! Tak bardzo… Nie wiem nawet, czy to ja tak szybko się kręcę wokół własnej osi, czy stoję w miejscu, a wszystko dookoła mnie tak pędzi?

Mam w sobie taki bałagan, że znowu piszę wiersze… Jak mam do cholery uporać się z tym całym bałaganem?!

.

a ch..

Jestem naiwna. Cholernie naiwna! Cały czas wierzę, że coś się zmieni, a nie zmienia i nie zmieniło się NIC.

Jestem naiwna, że jeszcze wierzę. Dziś chociażby się w tym utwierdziłam. Było miło przez chwilę, ale jeszcze szybciej się skończyło.

Oglądam wniosek na “most”… Drukować i wypełnić, czy nie? Jeśli to zrobię, zmienię całe swoje życie, jeśli nie, nadal będzie tak, jak jest.

Nie ma to jak wracać do domu w deszczu i płakać… Najlepiej jeszcze, jak się wcześniej pomalowało tuszem rzęsy, a i tak nikt nie zwrócił na to uwagi. Nie tylko na to zresztą.

Czuję się jak idiotka. Naiwna idiotka.

Trzy gwiazdki ***

Którejś środy weszłam do empiku i przechodząc między regałami oglądałam książki. Wpadła mi w ręce “sto dni po ślubie”. Jak zwykle przeczytałam zapowiedź z tyłu książki, a potem pierwszy rozdział. Obiecałam sobie, że jak zdam egzamin to ją sobie kupię. Szczerze mówiąc myślałam, że może dzięki tej książce znajdę w końcu odpowiedź na swoje pytanie…Na swój problem…’

Zdałam i kupiłam.

Czytało mi się świetnie, ale jak zwykle nie wytrzymałam i przejrzałam końcówkę książki. Im dłużej czytałam, tym bardziej byłam zła na główną bohaterkę… Nigdy mi się takie coś nie zdarzało… Może dlatego, że tak bardzo rozumiałam tematykę. Tak naprawdę zdałam sobie sprawę, że wcale nie szukałam jakiejś odpowiedzi, ale konkretnej, bo kiedy wydawało mi się, że już ją znam, wcale mi się nie podobała…

Okazało się, że niezbyt dokładnie przejrzałam końcowe strony, bo zakończenie było zupełnie inne. Było takie, na jakie liczyłam od początku… Tylko, że wcale mi to nie pomogło. Nadal nie odczułam ulgi, ani w ogóle tego, na co liczyłam, kupując tę książkę…

Zastanawiałam się dlaczego i mam pewną koncepcję… Wszystko przez to, jak się czuję. Jak się czułam czytając tę książkę. Jak jestem traktowana… Jakkolwiek dziwacznie i niejasno to brzmi…

***

Zawsze imponowali mi faceci, którzy byli gentelmenami. Przepuszczają kobietę w drzwiach,  wstają, kiedy ona podchodzi, zwalnia jej miejsce… To wszystko jest takie urocze.  Tylko, że mnie faceci zwykle traktują jak zwyczajna kumpelę, nie jak kobietę, przy której wypadałoby się zachować, jak prawdziwy facet… Chociaż sporadycznie zdarza mi się być przepuszczaną w drzwiach…

To w sumie też trochę związane z tą książką…

Bo od dłuższego czasu czuję się jakbym stała za jakąś szybą. Jakby między nami stanął mur. Słyszę jego głos, rozumiem, co do mnie mówi, ale jak tylko chcę się zbliżyć to czuję szkło… Myślałam, że to będzie mijać, że to tylko tak przez jakiś czas… Końcówka września, egzaminy i w ogóle… Ale jakoś tak ta szyba staje się coraz grubsza i coraz zimniejsza… A ja stoję za nią sama i mogę tylko biernie patrzeć, słuchać i czekać… ale na co ja czekam właściwie? Na co ja znów czekam?

***

Kiedy kilka lat temu M. zostawiając mnie, powiedział mi, że to dlatego, że jestem za dobra, myślałam, że to najgłupsza wymówka jaką słyszałam… Ale po tych kilku latach rozumiem, co chciał mi przez to powiedzieć… Szkoda, że zrozumiałam to dopiero niedawno… Może gdybym zrozumiała to wcześniej, to nie popełniłabym tego samego błędu… Teraz już trochę za późno na naprawianie tego, do czego go przyzwyczaiłam… Stoję więc za tą szybą i mogę sobie pluć w brodę…

***

Mam syndrom odrzucenia. Boję się, że znowu zostanę sama, że facet mnie zostawi… Jak tylko zaczynam czuć coś co przypomina obojętność z jego strony, zaczynam się okropnie bać…

Wkurza mnie, że on uważa, że to mój problem… że muszę sobie sama z nim dać radę. A nie musiałabym sobie z niczym radzić sama, gdybyś nie traktował mnie czasem tak obojętnie. Gdybyś nie ustawiał tej cholernej szyby! Ale może, nawet na pewno to też z mojej winy, że za późno zrozumiałam, to co powinnam już dawno była zrozumieć…

Kupiłam książkę, żeby znaleźć odpowiedź… Przeczytałam ją i mam jeszcze więcej innych pytań, na które tak chciałabym znać odpowiedź! Muszę kupić nową książkę? Poprosić o pomoc, czy walić głową w tę cholerną szybę, która pewnie i tak za chwilę znów stanie…

***

Zdarza mi się nie mówić o sobie, ciągle słucham i milczę, ale nawet jak chcę pomóc to On traktuje mnie jak intruza.

Milczę. Niestety nie umiem znikać i nie umiem nie czuć…

***

Czekam na mój fotel bujany… Moje marzenie z dzieciństwa…

I myślę o tych ostatnich “przebłyskach” bez ściany. O kasztanach, które prawie spadały nam na głowy, a On mnie mocno przytulił…

***

Byłam dziś pobiegać… Zero kondycji.

Muzyka, muszę kupić sobie słuchawki. Potrzebuję muzyki, żeby zagłuszyć… Wracam do tego, co rok temu…? Dzisiaj Fido.

Mam ochotę na koncert jazzowy w Blue nocie… z Nim… Taki jak za pierwszym razem…

Wszystko jak za pierwszym razem.

***

Zgubiłam pilota. Znów. Idę spać

“…musisz wierzyć, bo wiara czyni cuda…”

Próbowałam Ci to powiedzieć, ale ty nie chcesz słuchać. Napisałam. Musisz przeczytać. I musisz wierzyć, bo jeśli zwątpisz w siebie, zwątpisz też we mnie, w nas. Jeśli raz się poddasz, nie będzie Ci się chciało walczyć… A przecież warto. Przecież to wiesz!

Tyle razy w siebie wątpiłam i myślałam, że nie dam sobie rady, że już nie mam zupełnie siły, że po prostu nie umiem. Tyle razy płakałam nawet z powodu głupiej matmy… Poradziłam sobie z tym wszystkim i jestem z tego dumna, ale to by mi się nie udało gdyby nie ty. Gdybyś nie był wtedy ze mną i godzinami nie tłumaczył mi tych wszystkich równań, pól, objętości, funkcji… Wierzyłeś we mnie nawet wtedy, kiedy ja tego nie umiałam. A jeśli mi się coś nie udało i beczałam jak bóbr, że nigdy nie zdam tego egzaminu itd., to mnie pocieszałeś. Po prostu byłeś. Dzięki temu wiem, że ze wszystkim można sobie poradzić, nawet jak jest okropnie trudno, a wszyscy i wszystko jest na “nie”. Wiem, że we mnie wierzysz.

Proszę, żebyś teraz ty uwierzył w końcu, że dasz radę! My damy sobie radę! Wszystko się ułoży w końcu, zobaczysz! Tylko proszę, uwierz w to, do cholery, uwierz! Zrób to dla mnie, bo ja w Ciebie wierzę! Bardziej niż kiedykolwiek!

Jeszcze tylko trochę… A potem znajdziemy swoje własne wyjście i uda nam się. Wtedy po prostu znikniemy, obiecuję! Ale w to też musisz uwierzyć…

I to nie ja jestem bohaterką. Ty nim jesteś. Wiem, że to wiesz ;)

Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą!

:* :* :*

Już jesień?

Miałam napisać o wakacjach, o górach, swoim miejscu na ziemi, azylu i noszę się z tym zamiarem od 3 dni, ale stwierdziłam, że tego nie zrobię. Z zapewne głupawego, ale dla mnie prostego powodu… Jeśli zacznę o tym pisać, to wszystko do mnie dotrze, a ja na razie nie mam ochoty na nadmiar myśli w głowie. Ten wpis będzie więc musiał trochę poczekać…

A tymczasem jem mambę colową i zastanawiam się, jak to się stało, że już przyszła jesień?

Brrr, nie lubię jesieni. Można zrobić coś żeby ją polubić?

Nucę “wspomnienie” Niemena i próbuję się do niej, do jesieni, przekonać… Postanowiłam więc wybrać się na zakupy i zaopatrzyć się w jakieś “słoneczne” i rozgrzewające herbatki… Może to mi pomoże :)

Mimozami jesień się zaczyna, złotawa, krucha i miła…”

Lalalalalalalalalalalala :) Cóż za optymizm xD

bańki mydlane

Wszystkie pytania, które zadałam ostatnio i założyłam, że są retoryczne przestały nimi być, bo otrzymałam na nie odpowiedź… Taką jak zwykle, “przepraszam”. Tylko, że to nie pomogło i nie wiem, czy nie wolałabym zostać przy retoryce, a przynajmniej retoryczności tak w ogóle. Najchętniej nie otrzymywałabym żadnej odpowiedzi na to, o co pytam, co robię, czego nie robię i jak się czuję. I to ostatnie rzeczywiście jest pytaniem retorycznym, chociaż… właściwie nie, źle. Jest pytaniem niewypowiadanym, bo ja muszę sama o tym powiedzieć i to dosadnie, najlepiej płacząc, bo inaczej niestety, ale chyba nie da się zobaczyć, że jest mi źle, przykro itp.

Kilka dni temu podjęłam pewna decyzję i, o dziwo, nie czułam zdenerwowania ani motylków, tylko ulgę i spokój. W końcu, jak to zwykle ze mną bywa, zmieniłam decyzję. Mój problem polega na tym, że ciągle próbuję wierzyć w te same powtarzane mi słowa, chociaż czas pokazuje, że one są, były nic nie warte. Ciągle buduje zamki z piaski, a jak zmywa je woda, albo rozsypuje je wiatr to nie próbuję zbudować ich od nowa, tylko naprawiam. Zalepiam dziury i udaję, że ich nie było, że wcale ich nie ma. Nigdy się nie nauczę, że… No właśnie… że co?

Może lepiej to pytanie zostawię nie tylko jako retoryczne, ale w ogóle niedokończone. Na wszelki wypadek. Żeby przypadkiem odpowiedź nie bolała za mocno.

Jest takie powiedzenie, że nawet cień przyjaciela potrafi uczynić człowieka szczęśliwym. Myślałam, że nawet za najmniejszym cieniem muszę gonić, ale ktoś uświadomił mi, że wcale tak nie jest, że ja też mogę być cieniem dla kogoś, bo temu komuś brakowało rozmów ze mną. I chociaż, jak zwykle było o wszystkim i o niczym to zapytał też o to, o czym tak bardzo chciałam komuś powiedzieć i słuchał mnie. Jak zwykle nie usłyszałam wspaniałych rad ani użalania się nade mną, ale zabawny komentarz i zapomniałam na chwilę o na wpół zburzonych piaskowych zamkach…

Postanowiłam, że dla podtrzymania  tej chwili mojego w miarę dobrego nastroju obejrzę przeraźliwie przesłodzony, różowy, lukrowany film o potwornie romantycznej miłości, żeby pozostać w błogiej, udawanej świadomości, że istnieje wspaniała i szczęśliwa miłość, w której są kompromisy, liczą się obie strony, jedna czasem nawet bardziej i że jest w niej tyle bezpieczeństwa, spokoju i pewności, że…

że nic.

Jest ze mną dokładnie tak:

“Wciąż dmucham bańki mydlane
Piękne bańki w powietrze
Lecą tak wysoko Prawie pod niebo
I jak moje sny zanikają
Fortuna się ukrywa
Szukałem już wszędzie
Wciąż dmucham bańki mydlane
Piękne bańki w powietrze”

Wszystko wokół i we mnie pęka jak bańki, piękne bańki mydlane…

nie wiem i nie wierzę.

Jakie to zabawne. Chociaż może “zabawne” to złe słowo. Właściwie nie wiem, jak powinnam to nazwać… Tyle razy słyszałam jaka to ja jestem fajna i ilu facetów chciałoby mieć taka dziewczynę. Nawet u mnie w rodzinie śmieją się, że jestem wymarzoną kandydatką na żonę, bo i gotować umiem, piec, rozmawiam na każdy temat, obejrzę i pójdę na mecz, pisze wiersze… Tylko, że jakoś ja nie czuję się taka wspaniała jaka podobno jestem.

Bo nikt nie chce mnie takiej, jaka jestem naprawdę. Takiej, jak wyglądam, jaki mam sposób bycia i charakter. Chodzi tylko o pewne wyobrażenie mnie. Faceci nie chcieliby mnie, nie chcieliby Gosi, tylko jakąś swoją Kasię, Asię, Basię, czy jak tam jeszcze mogą mieć na imię, tylko, żeby one, jak ja poszły na mecz, napisały sms-a z wynikiem meczu albo upiekły ciasto. Nie ma w tym żadnej mojej wyjątkowości, ani w ogóle mnie!

Coraz częściej mam wrażenie, że to wszystko co się dzieje, a raczej to, co się nie dzieje, a powinno, to z mojej winy… Ze mną jest chyba coś nie tak. Tylko do cholery co?

Dlaczego nie umiesz ze mną porozmawiać? Powiedzieć mi jak jest? nie umiesz mnie przeprosić? dlaczego zawsze stawiasz mnie przed faktem dokonanym? Dlaczego mnie o niczym nie uprzedzasz? Wszystko się dzieje w ostatniej chwili, a i tak  zawsze wychodzi na to, że ja jestem winna, że to moja wina.

nie wiem, czy rzeczywiście jestem taka beznadziejna, że jest właśnie tak? Czepiam się? Czy to są takie duże wymagania z mojej strony, czy może to jednak nie moja wina?

Ciebie bawi hazard, mnie nie. Nie chcę stawiać wszystkiego na jedno rozdanie, wiedząc, że mogę wszystko stracić. Wolę powiedzieć pass i mieć to, co mam. Zostać, przy tym, co jest dla mnie rzeczywiście cenne… I hazard nie ma nic wspólnego z racjonalizmem i pewnością. a ja potrzebuję najbardziej na świecie pewności.

Bo miłość to przecież coś takiego, że nawet jak ma się zamknięte oczy i wszędzie jest ciemno, to nie boi się zrobić kroku, iść na przód. Miłość, to przecież pewność, że ta druga osoba zawsze mnie znajdzie, nawet w ciemności i chwyci mnie mocno za rękę i poprowadzi, zabierze. Prawda? Czym do cholery jest miłość?!

***

Zabrałam maluchy do weterynarza. Wzięłam Psotkę na ręce… Była taka przerażona, tak bardzo się bała… I chociaż zwykle ufa tylko mi i wchodzi tylko na moje ręce była na nich taka wystraszona, tak mocno biło jej serduszko i nagle skuliła się i leżała bez ruchu…

Zrozumiałam, że czuję się dokładnie tak, jak ona…

Chyba już skończę pisanie, to przecież bez sensu. I niczego nie zmieni. Nikt nie zacznie traktować mnie inaczej, ani nie zobaczy pomiędzy wyobrażeniem mojej “fajności” mnie… Po prostu mnie…

Muszę posmarować oczko Psotki maścią… To będzie 5 długich dni.

buty do sukienki?

Wybrałam się dzisiaj na zakupy i oczywiście najpierw weszłam do deichmanna i zabrałam się za przymierzanie butów.

5 par później usłyszałam jakąś dziewczynkę, która mówiła coś, co brzmiało “nie chcę takich butów. Ja mam je nosić do sukienki? Przecież ja nie chodzę w sukienkach! Nie cierpię sukienek. Chodzę tylko w adidasach i spodniach.”

Stałam niedaleko przymierzając 6 parę butów i uśmiechnęłam się.  Jakbym słyszała siebie  jakieś kilka lat temu… Ja i buty inne niż adidasy?  na obcasie..?

Byłam dokładnie taka sam jak ta dziewczynka (pomijając fakt, że jak ja byłam w jej wieku to nie było ładnych butów damskich, a już na pewno nie na obcasie w rozmiarze jaki ja potrzebowałam), a teraz stałam obok i najchętniej kupiłabym kilka par butów, gdybym miała kasę… Może to właśnie dlatego, że nigdy takich nie miałam, bo nie było…

Zastanawiam się kiedy byłam bardziej prawdziwa… Bardziej sobą…

Może i wtedy i teraz, tylko się zmieniłam…

Zamykam oczy i pstrykam palcami…

Hmm, obejrzałam sobie niezły film “szukając siebie” i potem sobie myślałam… Tyle, że o różnych rzeczach. Nie o filmie. Podsumowałam to sobie wszystko jednym zdaniem… Wyszła mi prawie złota myśl jakaś ^^

Tak niewiele potrzeba, żeby poczuć się jak ktoś wyjątkowy, ale jeszcze mniej, żeby poczuć się źle.

Tym optymistycznym akcentem zakończę i będę piła pyszną zieloną jaśminową herbatę, rozwiązywała testy na prawo jazdy (tak, w końcu się zapisałam i chodzę już nawet na teorię!:)) i wymyślała następne “odkrywcze” zdania, jak to przystało na studentkę filologii polskiej, która nota bene ma poprawkę z hlp we wrześniu i jeszcze nie zabrała się nawet do jednej malutkiej cegiełki…

Planuję sobie za to wakacje w górach xD a co! :D

« Starsze wpisy