Próbowałam. Próbowałam przez kilka dni.
Pytasz co u mnie? To znaczy tylko jedno, że nic nie wiesz. Ale nie szkodzi. Ja też nie wiem. Tak się czuję. Moje życie nagle nabrało niesamowitego pędu, tak niesamowitego, że chyba nawet ja sama w pewnym momencie biegłam za nim, a nie z nim, czy w nim.
Powinnam chyba pewne rzeczy podsumować, ale jakoś nie potrafię się zebrać do tego wszystkiego. Studia, prawo jazdy, moje życie… Jakoś trzeba to ogarnąć, przynajmniej spróbować. Poukładać…
I
(Ona stoi sama pośrodku pokoju i wpatruje się w okno smutnymi oczami. Po chwili schodzi po schodach, wchodzi do łazienki i uderza głową w ścianę. Płacze…)
Wiesz jak to jest, kiedy codziennie budzisz się z inną myślą? Kiedy codziennie otwierasz oczy i czujesz coś innego? Kiedy jednego dnia wstajesz z poczuciem, że Twoja decyzja była dobrą decyzją, a kolejnego boisz się otworzyć do końca oczy, bo tak bardzo się boisz, co zobaczysz, kiedy je tak naprawdę otworzysz? A jeszcze kolejnego dnia walczysz ze sobą i miotasz się między „tak” a „nie”? Kiedy w końcu decydujesz się wstać i jedyne czego chcesz, to zasnąć i spać. Spać tak długo, aż się nie poukłada, aż to wszystko przestanie takie być. Ale tak się nie dzieje. Wiesz jak to jest kłaść się spać z marzeniami, a budzić się z rzeczywistością?
Mnie świat uświadamia jak bardzo jestem dla niego gówno (o ironio!) warta… Kiedy otwieram drzwi i nagle czuję, jak mało mam siły. Jak bardzo jej nie mam i tak po prostu zaczynam płakać. Ale po chwili, wiem, że nie mam szans na to, żeby spać dalej i muszę się podnieść i to wszystko sprzątnąć. I tak po prostu to robię, a potem idę dalej. Bo muszę. Bo czuję, że muszę wyjść i iść, uciekać…
Miałam taki okres, że chciałam spać. Tylko na to czekałam, na to, kiedy zasnę… Tylko czasami po zamknięciu oczu widziałam obrazy, których nie chciałam widzieć. I chciałam krzyczeć. Nadal chcę…
Mam takie dni, kiedy wyglądam przez okno w kuchni i myślę, że ona zaraz wyjdzie z budy. Kiedy jem chleb z szynką i odkrawam skórki, zostawiam „bure” mięso, łapię się na tym, że chcę to zanieść Morce. Czasem mam przed oczami jej oczy. Jej brązowe, mętne oczka i nie wiem, czy ona wiedziała, to wszystko, co powinna… Nie wiem, gdzie jest teraz i nie wiem, nie rozumiem dlaczego nie może jej być ze mną?! Czasami nie potrafię patrzeć na ludzi idących z psami i jedyne, co umiem zrobić, to się rozpłakać.
A moja ograniczona do gówna sytuacja nie pozwala mi mieć psa. I chociaż wiem, że nic Jej nie zastąpi, to ja po prostu tak nie umiem… Nie umiem. I próbuję się obudzić, szczypię się tak mocno, że aż boli i nic. Nadal jej nie ma… Nadal nie wychodzi z budy, a ja szeptem mówię: „cześć Malutka” i wiem, że muszę pójść dalej… Do tej pory nie wiem, jak udało mi się to przejść, ale wiem, że mam w sobie pewne limity i nie wiem, czy po Śnieżynce i Morce mam jeszcze choć trochę siły…
Kiedy budzę się w nocy podchodzę do akwarium i patrzę czy Pyśka oddycha. Ma 3 lata i wiem, co to oznacza i są takie dni, kiedy czuję, że boję się tak bardzo, że to aż boli. I wiem, że nikogo nie będzie w tym przypadku obchodziło, że powiem „proszę…”, że będę błagała.
W tym momencie powinnam zaznaczyć przerwę w pisaniu, bo wiedziałam, że jak tylko zacznę to wszystko podsumowywać, to się rozbeczę. I tak siedzę i płaczę i nie umiem z tym nic zrobić.
…………………………………………………………………………………………………………………………………………………….
II
(Ona. Siedzi skulona w fotelu bujanym z nogami pod brodą. Udaje, że jej nie ma…)
Chciałam wierzyć, że ludzie się zmieniają. Tak bardzo chciałam wierzyć, że tak jest. Myślałam nawet przez moment, że tak jest rzeczywiście, że można, ale okazało się, że wiara nie wystarcza. Wiara w ludzi, w człowieka nie wystarcza. To zbyt mało.
Jeśli kiedyś zobaczysz mnie na ulicy… Nie, nie zwrócisz na mnie uwagi, nie zauważysz mnie. Zlewam się z tłumem. Ginę w nim i rozpływam się. Niczym się nie wyróżniam. Po prostu jestem. Jedną z wielu, niewidoczną, niewidzialną. Staram się taka być. Przystosowuję się do tego, co mnie otacza. Jak patyczak. Przybieram kształt, pozę, dopasowuję kolorem. Udaję. Udaję, że mnie nie ma.
Kiedy będziesz szedł obok, nie zauważysz mnie. Jeśli jednak jakimś cudem uda Ci się mnie dostrzec nie musisz się zatrzymywać. Nie pomagaj mi. Nawet gdyby bardzo bolało. Nawet gdyby działo się to, co dzieje się teraz. Nawet gdybym sama nie dawała rady. Nawet gdybym nie mogła się ruszyć. Nie pomagaj mi. Bo to, co zauważysz, jeśli w ogóle będziesz umiał to dostrzec, to będzie mój świat. Mój świat, w którym jestem tylko ja. Bez tłumu i masek. Bez pozy i udawania. Jestem ja, tak zupełnie prawdziwa ja. Prawdziwa aż do bólu i tkwiąca w bólu zresztą.
Zbudowałam ten świat całkiem niepewnie, delikatnie, powoli. Jak dmucha się bańkę mydlaną. Uciekam tam zupełnie malutka, rozczochrana, bez makijażu, bez pewności siebie i wiary. Uciekam tam ze łzami w oczach, kuląc się tak bardzo, jak się da. Uciekam tam, kiedy boli tak bardzo, że boję się, co będzie jutro. W moim świecie jestem zupełnie bezbronna. Chowam się przed światem, przed sobą i ludźmi. Jeśli więc nie jesteś gotowy na to, żeby się mną zająć, po co próbujesz? Po co próbujesz mnie dostrzec, po co się zatrzymujesz? Jeśli wcale nie chcesz tego wszystkiego, po co oszukujesz i siebie i mnie? Bo musiałbyś być gotowy… A czy Ty w ogóle wiesz, jaka jestem? Wiesz kim jestem?
Musiałbyś mnie znać.
Znasz?
III
(Ona. Po prostu ona. Wystarczy, że jest.)
Jeśli patrzysz mi w oczy i nie wiesz, co myślę, to znaczy, że nie znasz mnie w ogóle.
Jeśli muszę mówić Ci o wszystkim wprost, to znaczy, że nie wiesz o mnie nic.
Jeśli muszę oficjalnie prosić Cię o pomoc albo nawet błagać, to znaczy, że nie wiesz kim jestem.
Jeśli to ja mam Ci mówić, co robić, to znaczy, że ja tak naprawdę się nie liczę.
Jeśli zwracam Ci uwagę, a ty nic z tym nie robisz, to znaczy, że Ci na mnie nie zależy.
Jeśli wiesz, o czy marzę i bez najmniejszego problemu możesz to spełnić, a tego nie robisz, to znaczy, że nie jestem ważna.
Jeśli wiesz, że na czymś mi bardzo zależy, a Twoja jedyna odpowiedź brzmi: „ja nie lubię” albo „ja nie chcę”, to znaczy, że tak naprawdę nie jestem dla Ciebie nic warta.
Jeśli jestem dla Ciebie taka ważna, a ty tak po prostu pozwalasz mi odejść bez walki, to znaczy, że to wszystko nie było prawdziwe…
Jeśli… Jeśli… Jeśli…?
Jak w ankiecie z gazety. Aż chce się zapytać na ile z tych pytań odpowiedź był twierdząca…
Jeśli na większość…?
IV
(Siedzi po turecku na łóżku i bezwiednie wgapia się w telewizor.)
Skończyłam studia ze średnią z 3 roku 4,75. Napisałam pracę na 4,5, obroniłam się na 5. Na dyplomie mam 4,5.
Dostałam się na magisterkę na dziennikarstwo.
Szukam pracy w szkole.
Zdałam prawo jazdy. Tak, zdałam.
I tylko nie mam jeszcze swojego samochodu. Ale może to i lepiej, bo pewnie gdybym go miała…
…już dawno by mnie tu nie było.
V
(Nadal ona i tylko ona. Siedzi na łóżku i wpatruje się w deszcz. Słucha burzy. Od czasu do czasu mruży oczy widząc błyskawice.)
I co dalej? Miałam podsumować, poukładać… Powinnam wiedzieć co dalej…
„Chyba”, „być może”, „ale”, „możliwe”, „ jeśli”, „a gdyby…”
Żadnego zdania twierdzącego.
A powinnam wiedzieć co dalej.
Powinnam?
A jeśli…?
(Wystrój pomieszczeń i większość szczegółów została pominięta. Z wiadomych względów. Przynajmniej dla mnie. A ona? Ona nadal siedzi na łóżku, a właściwie leży i próbuje zasnąć. Wierzy, że jutro będzie inny dzień i wszystko się ułoży… Ona – naiwna.)